fbpx

Blog podróżniczy

Polesie, piękne Polesie… Pierwsza wyprawa na Białoruś (część 1)

Kiedy moja rodzina, znajomi, przełożeni w pracy usłyszeli o zbliżającym się wyjeździe na Białoruś, pukali się w czoło. Jedni życzyli powodzenia, inni zastanawiali się nad stanem mojego zdrowia psychicznego. Wszystkich łączyło jedno – wiara w wykreowany przez media wizerunek, Białorusi jako kraju rodem z sennego koszmaru, gdzie ludzie mieszkają w rozpadających się klepiskach, a po ulicach biegają białe niedźwiedzie. Prawda jest jednak zupełnie inna, o czym miałem przekonać się już niebawem.

***

W styczniu 2018 roku wybrałem się w swój pierwszy wyjazd na Kresy Wschodnie, który już na zawsze miał zdefiniować moje pojęcie o tych wyjątkowych, utraconych rejonach II Rzeczypospolitej. Wyjazd był niejako nagrodą dla Stowarzyszenia Patriotyczny Kędzierzyn-Koźle za zaangażowanie w akcję “Rodacy Bohaterom”, poprzez uzbieranie w swoim regionie ponad 400 paczek. W 700-kilometrową podróż wybrało się nas 12 osób, członków Stowarzyszenia oraz wolontariuszy zaangażowanych w zbiórkę. Dla wszystkich była to pierwsza wyprawa na Polesie na Białorusi, gdzie udaliśmy się razem z przedstawicielami wrocławskiej “centrali” Stowarzyszenia Odra-Niemen: Eugeniuszem, Kamilą i Dominikiem.

Brześć

Pierwszym przystankiem dla busów przewożących ponad 2 tony darów, a także kilkanaścioro wolontariuszy, był Brześć. W tym pięknym mieście znajduje się Polska Szkoła Społeczna im. Ignacego Domeyki.

Dla wielu z nas pierwsze spotkanie z Białorusią było niesamowitym przeżyciem. Zamiast białych niedźwiedzi i zamordyzmu, spotkaliśmy uśmiechniętych Polaków, wykonujących każdego dnia żmudną, heroiczną pracę u podstaw dla podtrzymania kultury i tradycji przodków.

Brześć okazał się bardzo gościnny i przyjazny. Znajduje się tam wiele śladów Polskości, jednak ze względu na późną porę nie dane nam było szczegółowo zachwycić się jego architekturą.

BellToll i jego zalety

Przed wyruszeniem w dalszą drogę do Pińska (170 km) musieliśmy zarejestrować się w elektronicznym systemie poboru opłat (BelToll). Wielu z nas nie spodziewało się, że kwestia opłat drogowych będzie u naszych wschodnich sąsiadów rozwinięta na znacznie wyższym poziomie niż w Polsce! Kiedy u nas trzeba odstać swoje w kolejkach na autostradowych bramkach, na Białorusi wystarczy zarejestrować się w systemie i przyczepić plastikowe pudełko na przednią szybę. Wjeżdżając na drogę płatną, automatycznie zaczyna pobierać nam gotówkę z wirtualnego portfela. Kiedy zapas rubli na końcie skończy się, zostaniemy o tym powiadomieni. Będziemy mogli jechać dalej, kolejne kilometry dostaniemy niejako w debecie. Po powrocie do domu należy jedynie zadbać o uzupełnienie brakujących środków na koncie. Obecnie wprowadzony jest już w Polsce system viaAUTO, ale tylko na niektórych drogach. W styczniu 2018 roku, kiedy działa się akcja poniższego tekstu, było to jeszcze w sferze marzeń.  Warto jeszcze dodać, że cena za kilometr jest podobna jak u nas (na trasie A4 Gliwice-Wrocław wynosi ona 10 groszy, na A1 w stronę Gdańska 16 groszy, dla porównania na Białorusi 4 eurocenty).

Przez Kobryń do Pińska

Po załatwieniu formalności, płatną drogą M1 przejechaliśmy 40-kilometrowy odcinek autostrady do Kobrynia, gdzie skręciliśmy w drogę M10 (bezpłatną). Po drodze śnieg rozpadał się na dobre i warunki znacznie się pogorszyły. Asfalt zamienił się w taflę lodu, a śnieżyca ograniczyła widoczność do minimum. Raz za razem mijaliśmy samochody w rowach. Droga nie należała do przyjemności. Ostatecznie późnym wieczorem dotarliśmy do Pińska.

Na miejscu czekała już na nas niezrównana pani Helena Jaruticz, dyrektorka polskiej szkoły w tym mieście. Mimo przejechania 700 kilometrów bez noclegu, fatalnych warunków atmosferycznych na ostatnim etapie podróży, a także olbrzymich emocji podczas spotkań z rodakami, tego wieczora niektórzy z nas mieli pierwszy raz w życiu okazję zaznać prawdziwej kresowej gościnności. Ja osobiście pierwszy raz w życiu miałem okazję próbować mięsa z łosia.

Następnego dnia wyruszyliśmy na poszukiwania Polskości w Pińsku. Ale to temat na kolejną część reportażu.

Krzysztof M. Marcinkiewicz

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Skip to content