Blog podróżniczy

Wyprawa nad Bajkał – śladami polskich zesłańców na Syberii – (część 2 – Arszan, Tunkińskie Golce i Żemczug)

Wyprawa śladami polskich zesłańców na Syberię i w okolice jeziora Bajkał była jak dotąd najdalszą w moim życiu. Wywarła też na mnie największe wrażenie. Dlatego zabierając się ze mną w tę podróż, musisz drogi Czytelniku przywyknąć do dużej ilości zdjęć i tyluż długich opisów  Starałem się zawrzeć tutaj to, co kojarzy mi się po powrocie z Syberią. Będzie trochę śmiechu i przygód, które mogą zdarzyć się tylko na wschodzie, ale też garść gorzkich i smutnych refleksji o naszych rodakach skazanych na tułaczkę. Będzie kilka spostrzeżeń o lokalnej społeczności, oraz szczypta praktycznych informacji. Jeśli akurat masz chwilę wolnego czasu, to zapraszam. Obiecuję że nie będziesz się nudzić!  

W drugiej części dowiesz się:

  • jak wyglądają górskie szlaki w Tunkińskich Golcach,
  • co można kupić na bazarze w Arszan,
  • jakich dolegliwości można się pozbyć pijąc arszańską wodę,
  • co serwują do jedzenia w buriacko-mongolskiej restauracji,
  • jakie warunki panują w buriackim SPA,
  • i wiele, wiele innych ciekawych rzeczy 😉

Miłej lektury!

***

Arszan i okolice

,, Аршаан (Arszan)– w jęz. buriackim oznacza ,,Święta woda/lecznicza woda”

Droga z Tunki biegnie na wprost do miejscowości Arszan. Dalej nie ma już nic, poza pięknymi i w większości wciąż niezdobytymi górami nazywanymi Tunkińskimi Golcami, wchodzącymi w skład Sajanów Wschodnich.

Arszan jest uzdrowiskiem od ubiegłego wieku, gdy w 1920 r. został tak zakwalifikowany. Miejscowa ludność wprawdzie już dużo wcześniej korzystała z tych naturalnych dobrodziejstw leczniczych źródeł mineralnych, natomiast przed stu laty wszystko zostało sformalizowane i powstało pierwsze sanatorium. Dziś domków oferujących noclegi u prywatnych właścicieli, bądź większych i profesjonalnie prowadzonych przez obsługę sanatoriów jest już kilkadziesiąt. W Arszan mieszka obecnie około 2500 osób i ta liczba utrzymuje się mniej więcej od 40 lat.

Legenda głosi, że do odkrycia właściwości arszańskich wód doszło podczas polowania, gdy jeden z myśliwych ścigając ranne zwierzę zauważył, że wskakując one do jeziorka, odzyskuje siły i ucieka. Choć ta historyjka jest tylko legendą, to zdrowotność owych źródeł mineralnych jest prawdziwa.

Kuracje oparte są głównie na kąpielach i piciu wody (oczywiście nie tej po kąpieli 😉 ), ale wpływ na organizm ma też zapewne sama naturalna okolica i czyste powietrze.

Arszańska woda jest także butelkowana przez lokalny zakład i można ją swobodnie kupić w każdym sklepiku w okolicy.

Tyle tytułem wprowadzenia, tymczasem przenosimy się do naszego auta, które po lekkim zawodzie jakiego doświadczyliśmy w Tunce, z nutką niepokoju wjeżdżało do położonego w bardzo malowniczej okolicy, u stóp Tunkińskich Golców, Arszan. Czy tutaj też nasze założenia wezmą w łeb? Bo choć zakładały one bardzo sprawne wejście na szczyt i zejście, to nasze plany niezwykle łatwo mogła pokrzyżować pogoda (w południe zaczynało być naprawdę gorąco), oraz… fatalne oznaczenie tras. Na szeroko rozumianym Wschodzie nie istnieje za bardzo turystyka górska. A na pewno nie jest tak popularna jak choćby w naszym kraju, gdzie niemal na każdym rozstaju dróg i ścieżek górskich, są drogowskazy w każdym niemal kierunku z dokładnymi danymi. Tutaj zazwyczaj idzie się ,,na czuja” wydeptaną dróżką, albo z mapą i kompasem. Tego obawialiśmy się najbardziej, że trasa przewidywana w przewodniku na 4-5 godzin zajmie nam dużo więcej czasu. A jak było? Przekonajmy się 🙂

Tunkińskie Golce – trasa na Pik Lubwi

Nasze auto zaparkowaliśmy na Трактовая ул. 5 (Ulicy Traktowej 5), przy sanatorium ,,Arszan”, tuż obok bramy do parku uzdrowiskowego. Według przewodnika, (,,Bajkał i góry przybajkala” Alicja Więcek, Jędrzej Łukowski – Sklep Podróżnika Warszawa 2008.) zdecydowanie godnego polecenia, to właśnie przekraczając bramę parkową najlepiej zacząć wędrówkę na Pik Lubwi (2202 m n.p.m. i 1302 m przewyższenia/różnicy wysokości). Tak też uczyniliśmy, idąc spokojnym tempem prostą alejką. Było to bardzo przyjemne, gdyż zaczynało już być gorąco, a tutaj padał na nas cień dużych i starych drzew z rozłożystymi gałęziami. Alejka miała nas doprowadzić na skrzyżowanie ścieżek, po czym mieliśmy obrać tę po prawej stronie i dojść do jeziorka. Je z kolei należało obejść również z prawej strony, jednak tu napotkaliśmy problem, gdyż… żadnego jeziorka nie dostrzegliśmy. Nie wyglądało również na to, żeby ostatnio były tu jakieś cieki wodne.

Pojawiła się u nas konsternacja co dalej robić i powoli zaczęły się skradać koszmary do naszych myśli, że ten dzień będzie jedną wielką katastrofą. Przewodnik wydany był 11 lat przed naszym przyjazdem. Wydawać by się mogło że to dużo, jednak na tych terenach czas płynie tak powoli, że niewiele rzeczy stało się w nim nieaktualnych. Akurat w tym przypadku jeziorko przestało istnieć, ale na logikę musiało kiedyś tu być. Do tego wniosku doszliśmy i zaryzykowaliśmy obranie ścieżki po prawej stronie, wspinając się na piaskowe wzniesienie pośród plątaniny korzeni. Na nim znaleźliśmy wąską, wydeptaną ścieżkę wśród drzew i krzaków którą ruszyliśmy przed siebie. Nadal w tyle głowy majaczyło nam, że to może nie być TA ścieżka, bo oznaczeń, jakichkolwiek, w zasięgu wzroku nie zastaliśmy.

Był to słuszny wybór 🙂 Po jakimś czasie zdziwiliśmy się po raz drugi, tym razem… pozytywnie. Okazało się bowiem, że część trasy jest przygotowana pod turystów znakomicie. Nagle ni stąd, ni zowąd pod naszymi butami chrzęściły białe drobne kamyczki na usypanym trakcie (prawdopodobnie pochodzące z okolicznego byłego wyrobiska kamiennego), ścieżka była uporządkowana, co jakiś czas przy zakrętach napotkać można było drewniane poręcze, oraz dwa tarasy widokowe z miejscem na odpoczynek! Taka infrastruktura obecna była przez mniej więcej pół godziny wędrówki i rozpościerał się z owych tarasów widok na Arszan, rozległą na 32 km długości Dolinę Tunkińską, Jeziora Kojmorskie (po prawej stronie), niezwykle bogate w ryby i ptactwo i w tle majaczące kolejne pasmo górskie, Chamar-Daban.

Dalej było już zdecydowanie ciężej, gdyż zaczynało się ostre podejście, którego nie ułatwiało prażące w głowę i kark słońce, oraz drobny, osypujący się materiał skalny pod nogami. Tutaj ścieżka była już dzika, oznaczeń nadal okrągłe 0, ale za to zaczynały się zapierające dech w piersiach widoki.

Od tego etapu spotkaliśmy na trasie jedynie… 2 osoby. (Wcześniej przy tarasach widokowych było kilka.) Sympatycznymi turystami, z którymi ucięliśmy sobie małą pogawędkę okazało się być młode małżeństwo z Angarska (co ciekawe chłopak miał na sobie koszulkę klubu piłkarskiego FK Krasnodar, oddalonego od Angarska o… ponad 5400 km 🙂 ). Schodzili oni już z Piku Lubwi, dzięki czemu mogliśmy wypytać ich o dalszą trasę. Byli oni dla nas swoistym drogowskazem i informacją, że zmierzamy w dobrym kierunku. Napomknęli nam też, że spędzają urlop w tych stronach i dzień wcześniej byli w Żemczugu, oraz polecają tam dzisiaj pojechać i zrelaksować się po górskiej wędrówce. Podziękowaliśmy im za te informację i zaczęliśmy się zastanawiać, czy rzeczywiście nie będzie to dobre rozwiązanie, choć nie mieliśmy w planach początkowo tego miejsca odwiedzać. Trasa jednak dawała w kość i taka regeneracja po dniu wrażeń byłaby czymś wspaniałym.

Wspinaczka szła nam mozolnie i zmęczenie zaczęło o sobie dawać znać. Na oko w 70% pokonanej trasy postanowiliśmy się rozdzielić. 3 osoby chciały schodzić, wiedząc że mamy jeszcze przed sobą wędrówkę do pobliskich wodospadów na rzece Kyngarga i coraz więcej przemawiało za tym, że jednak odwiedzimy źródła termalne w Żemczugu. Była przed nami także wielogodzinna jazda do miejsca naszego kolejnego noclegu w Listwiance. Dlatego podjąłem decyzję, że jeszcze chwilę pójdę sam w górę, przez 20 minut i jeśli nie uda mi się zdobyć szczytu w tym czasie to zawrócę. W kilka minut później, po wspinaczce na naprawdę stromej ścianie napotkałem pierwszy i jedyny drogowskaz na całym szlaku, informujący że 75% trasy do szczytu już za mną. Żałowałem że moi towarzysze nie dotrwali do tego momentu, bo dałoby im to może jakieś dodatkowe siły, wszak wcześniej poruszaliśmy się nieco po omacku nie wiedząc tak naprawdę jak daleko celu się znajdujemy.

Przyśpieszyłem więc kroku i po chwili opuściłem już porastający górę las. Wyszedłem na wolną przestrzeń i oniemiałem z zachwytu. Roztoczyły się przede mną piękne widoki.

Z bólem serca, gdyż szczyt był już na wyciągnięcie ręki, zdecydowałem się że zawrócę i dotrzymam danego słowa. Najważniejsze jednak, że szaleńcze tempo narzucone po to by wejść jak najwyżej i zmęczenie upałem, zostały zrekompensowane w pełni. Mogłem schodzić z przeświadczeniem że na Пик Любви (w wolnym tłumaczeniu Górze Miłości), zostało moje zakochane serce w tym pięknym i surowym paśmie górskim 🙂

Rzeka Kyngarga i wodospad

Po sprawnym zejściu udało mi się złapać moją grupkę tuż przy samochodzie. Po dosłownie chwilce odpoczynku mogliśmy ruszyć do głównej atrakcji tego miasteczka i jego okolic, czyli wodospadów na rzece Kyngardze i doliny o takiej samej nazwie.

By do niej dojść, najpierw trzeba przejść przez stragany.

A te pełne są handlarzy wszelakiej maści z dużą ilością różnych… maści. Ale też ziół. Oraz nalewek chyba na każdą istniejącą chorobę. A wszystko to przetwarzane, ucierane, warzone i zbierane na miejscu. Wśród bezkresnej tajgi i pośród szczytów Tunkińskich Golców. Mam pewność, że istnieją takie ścieżki wśród tych terenów, gdzie jeszcze nigdy nie stanęła stopa ludzka…

Ale wracając do naszych straganów, będących czymś na kształt bazaru, jakimś jego zalążkiem. Bo nie jest to z pewnością wschodni bazar w pełni tego słowa znaczeniu. Może to przez mentalność samych Buriatów, w których mimo osiadłego od pokoleń trybu życia, wciąż jest ten gen koczowniczy, charakterystyczny dla wszystkich ludów mongolskich? Jednak coś uroczego mają w sobie te rzędem ustawione stragany. Coś, co każe ciekawskiemu turyście zatrzymać się na moment i pooglądać przedmioty, zamienić słówko ze sprzedawcą, nawet jeśli nie ma się zamiaru nic kupić (bo ma się już od kilku minut plecak pełen bibelotów po zakupach przy dwóch innych namiotach), docenić go chociaż zainteresowaniem się towarem. Świetnie pisał o tym Witold Gapik w swojej książce ,,Pijany martwym Gruzinem”

,,W ten sposób zrozumiałem wszędobylskość i nieustępliwość wschodnich handlarzy. Ich niestrudzoną walkę o każdą sprzedaż. Ich motorem, nie jest kapitalistyczna żądza zysku, czy pogoń za ułudną mamoną, dla nich to walka o przetrwanie. Jakikolwiek zarobek, jałmużna turysty, groszowy biznes to prolongata nadziei na godne życie dla kupca i jego rodziny, czasem to obietnica czegokolwiek na śniadanie… Dlatego nie ma we mnie podziwu dla łowców okazji, dusigroszy i skąpców z niechęcią odwracających wzrok od glinianych drobiazgów wciskanych w dłonie turysty przez wygadanego sprzedawcę. Kupujmy, nie żałując wydanych pieniędzy! To nie tylko dobry uczynek, ale często jedyny zarobek ludzi, od których zależy koloryt miejsca w którym jesteśmy. Potem, gdy w domowym zaciszu weźmiemy w dłonie bazarowy talerz, chustę, żenującą rzeźbę czy sztampowy obrazek, zrozumiemy, ze to właśnie chwile spędzone na dyskusji z ulicznym sprzedawcą są dla nas najcenniejsze. Zapragniemy wrócić nie do miejsca, ale właśnie do nich. Bazarowych biznesmenów, mistrzów naciągactwa.”

Oczywiście poza wyrobami związanymi z szamańską medycyną naturalną, można także nabyć rzeczy już bardziej współczesne, takie jak magnesy, pocztówki i kolorowe plastikowe pierdółki. Jeśli nie ma się swojego baniaka z wodą, można po drodze taki nabyć, aby zaczerpnąć trochę życiodajnej i zdrowotnej wody z rzeki Kyngargi.

Jedna tylko smutna refleksja mnie naszła, gdy przechadzałem się pomiędzy stoiskami straganowymi. Powoli i tutaj dochodzi zaraza uzależnienia od smartfonów i technologii. Starsze Buriatki wciąż zagadują i zachęcają do zakupu swoich produktów, ale młodsze pokolenie w większości tylko wpatruje się tępo w ekranik telefonu… Zupełnie jakby widziało się obrazki z komunikacji miejskiej każdego dużego ośrodka.

Wychodząc poza strefę straganową idzie się wciąż wzdłuż rzeki. Po pewnym czasie dochodzi się do budki strażnika, który pobiera opłatę w wysokości kilku rubli (które warto mieć uszykowane) za wstęp na teren Tunkijskiego Parku Narodowego (ros. Тункинский национальный парк). Tutaj podąża się już, choć w górę rzeki, to z nurtem innych turystów, których są dziesiątki.

Dolina rzeki Kyngargi charakteryzuje się dwiema rzeczami: wysokimi urwiskami (sięgającymi nawet do 100 metrów), oraz marmurowym dnem. Niegdyś był tu wydobywany marmur i jego resztki wciąż bieleją pomiędzy kamieniami.

Po około pół godzinnym marszu dociera się do pierwszego wodospadu na rzece Kyngardze. Tutaj większość turystów czerpie krystalicznie czystą wodę. Co ciekawe mimo prawie 30 stopni w słońcu widać, że wciąż ostał się w niektórych miejscach śnieg. Można stąd śmiało ruszyć dalej w górę rzeki i podziwiać krajobrazy, jednak my przez wyścig z czasem po chwili radości z odpoczynku i wielu łykach kojącej pragnienie zimnej, krystalicznej wody, musieliśmy wracać.

Gdy wraca się już do Arszan, można sobie nieco skrócić ten czas, korzystając z kolejki linowej (uprzężowej?) o wdzięcznej nazwie ,,Tarzanka”. Jest to ciekawe przeżycie, gdyż jedzie się na dużej wysokości tuż nad rzecznym kanionem. Połowa naszej grupy skusiła się na tę formę dotarcia na sam dół 🙂

A oto króciutki filmik przedstawiający sam zjazd:

I ja nagrywający ten filmik 😀


Ci którzy zdecydują się iść w dół pieszo, mają jeszcze chwilę czasu by podziwiać wąwóz rzeczny.

A także spotkać niewielką rzeźbę Бронзовый Мальчик, czyli brązowego chłopca w tradycyjnym buriackim stroju przelewającego wodę z rzeki Kyngargi 🙂

Przy wyjściu z terenu parku i straganów w kierunku ulicy Traktowej, można natrafić na taki obrazek.

Szamańska rzeźba ze świętymi szarfami, na drugim planie skromna lamaicka stupa z posągiem Buddy, a w tle skaliste wierzchołki Tunkińskich Golców… Dla mnie to pocztówka z tego miejsca, po prostu Buriacja w pigułce… 🙂

Tymczasem my napędzani dźwiękami ,,kiszek grających marsza” nie poszukiwaliśmy długo jedzenia, tylko usiedliśmy tam, gdzie było miejsce i nie trzeba było czekać. Padło na restaurację Монгол (czyli po prostu Mongoł), którą z całego serca mogę polecić. Jedzenie było smaczne, obsługa szybka i sprawna. Posiłki były sporych rozmiarów, a że chcieliśmy spróbować wielu potraw, to nie udało nam się spożyć wszystkiego. Z tego jednak skorzystały miejscowe bezpańskie psy, których żal nam się zrobiło, widząc jak kościste mają oblicze i dokarmiliśmy je resztkami 🙂

A to mój posiłek na zdjęciu, na który składały się: zupa na bulionie, z dużą ilością czosnku i cebuli oraz mięsem wołowym, do zagryzania placuszki smażone na oleju, a danie główne to wątróbka i baranie móżdżki z woka z przyprawami i kolendrą. Palce lizać!

Mając pełne i najedzone brzuchy, mogliśmy obrać kierunek na Żemczug, czyli sprawdzić jak wygląda buriackie SPA!

Żemczug

,,Жемчуг (Żemczug”), czyli w jęz. rosyjskim ,,Perła”

Każdy z nas, mimowolnie, myśląc o SPA ma przed oczami luksusowy kompleks ze wszystkimi możliwymi udogodnieniami. Elegancko ubraną obsługę i klientów przemykających od zabiegu do zabiegu w białych szlafrokach. W Żemczugu było jednak… trochę inaczej, ale po kolei.

Gdy zjedzie się w głąb miejscowości, z asfaltowej drogi A-333 prowadzącej do mongolskiej granicy, (którą swoją drogą mogą przekraczać tylko obywatele Rosji i Mongolii, dla turystów następne otwarte przejście znajduje się w  Altanbulag Border Port, jedyne 650 km na południowy-wschód 😀 ), nawierzchnia znacznie się pogarsza. Asfalt znika i pojawia się piach oraz dziury. Z tego co udało nam się dowiedzieć, w Żemczugu działa kilka różnych SPA, oferujących kąpiele w leczniczej wodzie. Są obiekty otwarte, gdzie w dużych naturalnych sadzawkach kąpie się wiele osób, oraz te pod dachem, bardziej prywatne i kameralne. Postawiliśmy na pełen relaks, czyli drugą wersję 🙂

Po wejściu do wybranego przez nas przybytku udaliśmy się do kasy. Na ladzie znaleźliśmy katalog z oferowanymi usługami. Strony były przybrudzone i z naderwanymi narożnikami. Wypytaliśmy pracownicę o rodzaje wód dostępnych do kąpieli. Początkowo nie była zadowolona, gdyż przerwaliśmy jej oglądanie serialu emitowanego z kilkunastucalowego telewizorka podwieszonego w kącie pod sufitem. Po chwili jednak zreflektowała się i wyjaśniła świadczone usługi i ceny. Dała także kolejny katalog, tym razem z właściwościami żemczuskich wód. Dowiedzieliśmy się że zawierają one cząstki litu, strontu, tytanu i molibdenu. Ponoć fenomenalnie działają na skórę i jej regenerację oraz pielęgnację. Zdecydowaliśmy się więc na standardowy zabieg, czyli piętnastominutową kąpiel w wannie wypełnionej po brzegi leczniczą wodą. Czekając na swoją kolej mogłem zaobserwować jak leniwie i spokojnie płynie tu życie. Klient siedzący przy jednym ze stoliczków przy wejściu do budynku wyglądał na takiego, który już dawno skończył swoje zabiegi. Jednak nigdzie go nie ciągnęło, nie musiał gonić na złamanie karku załatwiać jakieś pilne sprawy. On po prostu sobie siedział i beztrosko patrzył w dal, a to czasem zerkając na serial wraz z recepcjonistką, a to próbując zwabić smakołykiem pieska urzędującego w tym budynku, będącego zapewne maskotką wszystkich pracowników.

Gdy już nadszedł mój czas na kąpiel, zostałem zaprowadzony do wielkiego okrągłego pomieszczenia, coś na kształt rotundy, w którym znajdowało od wewnątrz 6 rozsuwanych plastikowych drzwiczek. Przy każdym z nich przyklejony do ściany był minutnik do jajek 😀 Pani z obsługi objaśniała, że ona teraz nastawi go na 20 minut (5 minut nalewania wody i 15 kąpieli) i gdy usłyszę dzwonek mam wypuścić wodę i wyjść z wanny. Kazała też w opór rozkręcić wielki zawór w ścianie (kręcąc go miałem wrażenie że właśnie zamykam właz w łodzi podwodnej), z którego popłynęła żółtawa ciecz. To w połączeniu z wanną pokrytą oleistą odchodzącą farbą dawała bardzo specyficzny obraz 😀 Jednak po takim zmęczeniu, jakie w trakcie dnia osiągnąłem nieważne były warunki, tylko sam relaks, więc z lubością wskoczyłem do wanny 🙂 W trakcie kąpieli miejsce miało jeszcze jedno zabawne zdarzenie. Miejscowy pupil, czyli piesek którego spotkaliśmy na wejściu, miał, jak widać, swobodny dostęp do wszystkich pomieszczeń, a nie utrudniało mu tego na pewno to, że każde z wannami miało cieniutkie ścianki z dykty niesięgające do podłogi. W ten sposób piesek mógł biegać w kółko i wchodzić do pomieszczenia każdego gościa, co oczywiście z radością czynił, wprawiając w popłoch część nic niespodziewających się kuracjuszy 😀 Kilka razy przebiegał po podłodze obok mojej wanny.

Sama kąpiel była bardzo przyjemna i kojąco zadziałała na całe ciało. Po dniu pełnym wrażeń bardzo się to przydało i dało siły na podróż do Listwianki, gdzie udawaliśmy się na nocleg. Mijając ostatni raz podczas tej podróży Tunkijskie Golce, zatrzymaliśmy się na chwilę, by choć raz jeszcze spojrzeć na te cudowne i majestatyczne pasmo górskie, wystrzeliwujące właściwie z miejsca pod niebiosa. Do głowy od razu przychodził z pomocą Mieczysław Lepecki, cytowany w poprzednim wpisie.

“Góry Tunkińskie widać z każdego miejsca szerokiej na 40 wiorst doliny Irkutu. Wznoszą się one ku niebiosom potężnym masywem – zielonym u dołu, popielatym na gołych, skalistych szczytach. Z daleka przypominają jakieś zaczarowane zamki, mury obronne, fortecę. Wydają się przy tym jednak lekkie i powiewne jak pałace renesansowe. Dopiero z bliska poraża człowieka ich ogrom.” ~ Mieczysław Lepecki „Sybir bez przekleństw. Sybir wspomnień”

Republikę Buriacji żegnamy z rozrzewnieniem, a na odjazd zapraszam na nostalgiczny tradycyjny utwór Buriatów:

1 thought on “Wyprawa nad Bajkał – śladami polskich zesłańców na Syberii – (część 2 – Arszan, Tunkińskie Golce i Żemczug)”

  1. Witam!
    Dziękuję za piękny blog podróżniczy , za niezwykłe opisy i widoki, przybliżające tamten jakże daleki i surowy świat. Dziękuję za wielki trud i czas
    poświęcony na wspomnienia tamtych przeżytych dni. Czytanie tego pozwoliło mi zupełnie zatracić się w obecnej rzeczywistości.
    Z wyrazami uznania
    Elżbieta Matuszczak

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Skip to content