fbpx

Blog podróżniczy

Syberiada, czyli wyprawa śladami Polaków do Rosji i Kazachstanu (część 2 – północna część kraju)

Witajcie w kolejnej odsłonie naszych podróżniczych przygód, które przeżyliśmy przemierzając kazachskie stepy w 2017 roku. No właśnie! Jeśli chodzi o sam step, to kiedy pierwszy raz zobaczyłam go na własne oczy, to nie mogłam się napatrzeć – możecie pomyśleć, że w takim razie jest coś ze mną nie tak, bo co tak naprawdę można podziwiać w ogromnej i pustej przestrzeni? Ja sama do końca nie wiem co konkretnie mnie w nim urzekło ale
ma on coś magicznego w sobie, co nie pozwala oderwać od niego oczu
😀 Po kilku dniach spędzonych w północnej części kraju, odwiedzonych miejscach i przebytych rozmowach, ten magiczny obraz stepu nabrał jeszcze jednego, silniejszego i jednocześnie lekko przerażającego charakteru w mojej głowie.
Wyobraźcie sobie, że ktoś siłą, bez większego tłumaczenia, wyciąga Was z domu, pakuje do pociągu, który po kilku tygodniach dojeżdża do stacji kolejowej położonej w nieznanym Wam miejscu, kraju i klimacie. Stamtąd ładują Was na ciężarówki, zawożą w głąb jakiegoś pustkowia i to dosłownie, bo nie ma tam ani jednego drzewa, by następnie zostawić przy słupie oznaczonym, z nieznanych Wam powodów liczbą i zostawiają na pastwę losu.
Aha! Na odchodne dostajecie informację, że jak się szybko nie ogarniecie, to zamarzniecie na śmierć, bo niedługo zacznie się zima, a tutaj mrozy są zdecydowanie gorsze niż w Twoim kraju…
Tylko z czego zbudować schronienie jak wokół nie ma nic, prócz ziemi i pustki?

Tajynsza

Tak było w 1936 roku, kiedy to wywieziono z terenów Ukrainy (głównie Marchlewszczyzna) i Białorusi do Kazachstanu ogromną liczbę Polaków (szacuje się, że było ich ponad 100 tysięcy), których Związek Sowiecki uważał za głównego wroga narodu. Osoby, które ‘wylosowały’ północną część kraju dojeżdżały pociągiem do Tajynszy, skąd rozwożone były w różne części niczym nieograniczonego stepu, na którym od czasu do czasu postawione były słupy z nadanymi liczbami – miało to ułatwić Sowietom sporządzenie odpowiedniej ‘inwentaryzacji’ stworzonych obozów. Później w miejscach tych słupów powstawały osady i wioski, w większości istniejące do dzisiaj i które spróbowaliśmy choć w minimalnym stopniu odwiedzić. Za każdym razem kiedy słucham relacji osób wywiezionych do Kazachstanu czy w głąb Syberii, lub czytam ich historie, wprawia mnie w osłupienie niesamowite zestawienie dwóch rodzajów charakterów, które w tym procesie się ze sobą starły – bezdusznego kata, który bez większego problemu i zastanowienia potrafił zgnieść ludzkie życie niczym robaka na chodniku i człowieka, który mimo sytuacji beznadziejnej potrafił wskrzesić w sobie tak duże pokłady hartu ducha, by próby tego miażdżenia przetrwać. Będąc w Tajynszy poświęciliśmy kilka dni właśnie dla tych historii oraz Polaków tam mieszkających, którzy są potomkami wysiedleńców z lat 1936-1938. Na budynku dworca kolejowego w mieście znaleźć można tablicę pamiątkową poświęconą tej tragedii, na której zostawiliśmy trzy lata temu biało-czerwoną wstążkę. Dzięki pomocy gospodyń naszego pobytu (Junny i Walerii) udało nam się zorganizować spotkanie z Polakami na czele z Prezes Związku Polaków w Tajynszy – Ludmiłą Sobol, podczas którego oprócz opowieści o swojej działalności w stowarzyszeniu mogliśmy usłyszeć historie od zebranych osób na temat losów ich rodzin. Wszystkich zebranych może nie było dużo, natomiast ich wzruszenie, zaangażowanie w dyskusję i ogromna radość, że ktoś coś takiego zorganizował, przekraczała moje najśmielsze oczekiwania. Jedynym niezainteresowanym i niewzruszonym uczestnikiem spotkania był kazachski urzędnik, siedzący w ostatnim rzędzie, którego głównym celem było wychwycenie czy przypadkiem ktoś nie wypowiada niekorzystnych słów w stosunku do panującej głowy państwa.

Oziornoje

W ogóle cały nasz wyjazd był trochę nietrafiony jeśli chodzi o termin, ponieważ byliśmy tam w sierpniu, więc Polskie Domy lub Domy Kultury, w których odbywają się zazwyczaj lekcje języka polskiego były zamknięte. Do tego większość polskich organizacji w okresie wakacyjnym, albo bierze udział w koloniach dla dzieci, które są prowadzone w Polsce albo, jeśli jest to połowa sierpnia, jedzie do Oziornoje, gdzie co roku odbywa się wydarzenie pod nazwą „Spotkanie Młodzieży”. Samo miejsce jest nieprzypadkowo wybrane na to kilkudniowe modlitewne zgromadzenie, ponieważ od roku 1993 znajduje się tam Narodowe Sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju. Lokalizacja sanktuarium ma też swoje wytłumaczenie, gdyż miejsce to słynie z licznych cudów, według wielu przekazów zapoczątkowanych w 1941 roku, kiedy to silne roztopy śniegu na jednym krańcu wsi zalały teren wyschłego jeziora – tworząc nowy zbiornik wodny, który z niewiadomych powodów był pełen ryb. Mieszkańcy Oziornoje uważają to za cud, ponieważ to pomogło przetrwać największy okres głodu, który uchronił ludzi przed nieuchronną śmiercią. Udało nam się tam również na chwilę zajechać, porozmawiać z uczestnikami wydarzenia i zobaczyć na własne oczy miejsce wyschniętego w 1955 roku cudownego jeziora. Niedaleko wioski znajduje się również cmentarz, na który oczywiście musieliśmy dotrzeć, by sprawdzić czy znajdują się na nim polskie nagrobki. Niestety większość polskich napisów była nie do odczytania, więc zostawiliśmy w kilku, wyglądających na najstarsze, miejscach biało-czerwone wstążki – w tym na bramie wejściowej, na szczycie której widnieje napis ‘1936’.

Czkałowo i Jasna Polana

Z odwiedzonych wsi utknęły mi również w pamięci dwie lokalizacje – Czkałowo i Jasna Polana. W tej pierwszej mieliśmy okazję być świadkami pięknego spotkania, ponieważ jedna z uczestniczek naszego wyjazdu urodziła się w Kazachstanie, skąd wyjechała z rodziną, gdy miała pięć lat. W miejsce swojego urodzenia i dzieciństwa przyjechała z nami pierwszy raz po 20 latach, więc skorzystaliśmy z sytuacji, by mogła się spotkać z bliskimi i odwiedzić groby krewnych. W takich sytuacjach, jak zwykle, mieliśmy sporo szczęścia, ponieważ podczas czekania na wujka, pod sklepem (czyli najbardziej charakterystycznym punktem miejscowości), stwierdziliśmy, że zobaczymy co ciekawego można w tej części globu zakupić. Jednak zamiast wydawania pieniędzy były łzy wzruszenia i ogromna radość, gdy się okazało, że Panią za ladą okazała się być dobra znajoma rodziny naszej koleżanki. Po dotarciu wujka na miejsce spotkania pojechaliśmy razem zobaczyć kościół, w którym można znaleźć tablicę pamiątkową, poświęconą Polakom zesłanym na te tereny. Następnie udaliśmy się do Domu Polskiego, w którym na parterze znajduje się małe muzeum opisujące losy i warunki w jakich nasi Rodacy na co dzień starali się przetrwać. Na pierwszym piętrze odbywają się lekcje języka polskiego.

Drugim miejscem, które zawsze będzie mi się kojarzyło z naszym wyjazdem jest Jasna Polana – wieś, w której prawie 85% mieszkańców ma pochodzenie polskie. Tam standardowo odwiedziliśmy Dom Polski znajdujący się w niewielkim i niepozornym budynku oraz kościół, w którym w dwa dni w tygodniu można wziąć udział we mszy w języku polskim. Oprócz tego zobaczyliśmy muzeum i pobliski cmentarz, gdzie wśród polskich pomników
było również sporo niemieckich. Tutaj można też zobaczyć jedną z ziemianek budowanych przez zesłańców dla schronienia przed zimą, która znajduje się na czyimś podwórku, więc wystarczy wychylić lekko głowę nad płotem 😉 Wychodząc z muzeum spotkaliśmy Polkę urodzoną w Jasnej Polanie w 1938 roku – mieszka ona tu do dziś, razem ze swoją starszą siostrą, urodzoną jeszcze przed wywózką na terenie Ukrainy. Zostaliśmy zaproszeni
do ich domu, gdzie Panie pokazały swoje pamiątki rodzinne, uchowane do dnia dzisiejszego. Niesamowite było to, że obie siostry praktycznie całe swoje życie spędziły w Kazachstanie, kraju oddalonym o kilka tysięcy kilometrów od rodzinnego miasta, a mówiły tak pięknie po polsku, że momentami czułam się jakbyśmy byli na standardowym wyjeździe na Kresach. Wśród Sybiraków, których miałam szczęście spotkać jest to dość powszechne ale za każdym razem mnie to zachwyca – wszyscy, którzy opuścili tereny polskie mieli po kilka lat, a do dnia dzisiejszego porozumiewają się piękną polszczyzną z typowym kresowym akcentem! Mimo uprzejmości Pań, nie chcieliśmy za bardzo przeszkadzać, szczególnie że w domu odbywał się drobny remont i w dość szybki i sprawny sposób opuściliśmy ich przybytek. Z późniejszych przekazów księdza z Jasnej Polany dowiedzieliśmy się, że
zrobiliśmy mały błąd, ponieważ siostry stwierdziły, że źle i niedostatecznie nas ugościły i muszą przekazać przez duchownego chociaż jakieś pieniądze, byśmy mieli na kanapki na drogę 😀

Pożegnanie północnych stepów

Na koniec pięknych i wzruszających spotkań mieliśmy kilka chwil na spędzenie czasu poznając kazachską kulturę i zwyczaje w Tajynszy. Robiliśmy z naszymi gospodarzami czebureki (wielkie pierogi z mięsnym farszem, smażone w głębokim oleju), uczestniczyliśmy w otwarciu żeńskiej spartakiady rejonu Tajynszy na miejskim stadionie oraz odwiedziliśmy drugą polską rodzinę, która zaprosiła nas do siebie na kolację, podczas której próbowaliśmy tradycyjnych kazachskich potraw, w tym Beszbarmak. W ostatni wieczór, przed dalszym wyjazdem dalej na południe, poszliśmy pożegnać z się z tą częścią Kazachstanu, która niesamowicie nas urzekła, przede wszystkim przez spotkanych w niej Polaków oraz ich przepięknych i wzruszających historii. Aby pożegnanie było najbardziej adekwatne poszliśmy oczywiście na step – niedaleko Tajynszy płynie rzeka, która przepięknie meandruje przez te magiczne, niosące tragiczne losy tysięcy ludzi i zachwycające jednocześnie tereny i to wspomnienie zostanie w mym sercu już na zawsze.

Mam nadzieję, że wpis Wam się podobał – jeśli tak, to śledźcie bloga uważnie, bo to jeszcze nie koniec naszych kazachskich wojaży 😉 Do zobaczenia wkrótce!

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Skip to content